środa, 17 października 2018

Makeup Revolution i Soph X - pierwsze wrażenie

Hej,

Co u was słychać?

Ja miałam przygotować dla was fotorelacje z mojego wyjazdu do warszawy, ale to musi poczekać, bo ja muszę ochłonąć.

Dzisiaj przybywam by podzielić się z wami jedną z nowości w mojej kosmetyczce. Chociaż jeszcze kilkukrotnie przyjdę do was z nowościami, bo ostatnio po prostu zaszalałam.





Do brzegu.

Piękna, kolorowa paleta od  Makup Revolutin w kolaboracji z Brytyjską youtuberką Soph. Popełnili oni razem 2 palety. Pierwsza jest beznazwowa, druga zaś to Extra Spice.
Teraz skupmy się na pierwszej odsłonie. I o mój boże, jak ja bum chciała zrobić dla was piękne zdjęcie tej beżowo kremowej plastikowej palety. Ale ponieważ średnio mi to wychodzi...no

W  Palecie znajdują się łącznie 24 cienie z czego 10 to cienie błyszczące, a 14 to różne wcielenia matów, aż do delikatnej satyny. Nie ma tu jakiegoś głównego nurtu kolorystycznego, bo mamy tu brązy i złota, zielenie, czerwienie, fiolety u burgundy. Oprócz tego paleta ma lustro, które zajmuje całą wierzchnią część opakowania czyli jest całkiem spore. Co mnie zaskoczyło to fakt ile waży w dłoni ten produkt.



Oprócz swatchowania, użyłam jej na razie z 4 razy i jestem absolutnie zachwycona jak do tej pory. Powiedziałabym, że jedynym minusem jest brak nazw kolorów. Ale to nie prawda. Osobiście, absolutnie nie przeszkadza mi to, że mam nazwy kolorów na foliowej "kartce". Jeszcze do kilku lat wstecz radziłyśmy sobie bez tego rewelacyjne i zdecydowanie wole ogromne lustro i ilość cieni w cenie 50 zł, niż poświęcanie miejsca na nazwy naniesione na plastik opakowania.




Ponad 90% tej palety jest tak super miękkie, jak na przykład matowy pomarańcz. Mają również zaskakująco dobrą pigmentacje. Najtwardsze cienie to czarny i biały, czuć pod palcami jak mocno są sprasowane, co ponownie nie jest jakimś okrutnym minusem. Ba to nawet lepiej, bo daje to lepszą kontrolę nad cieniem.
Mam zastrzeżenia jedynie do beżu, tego 2go od prawej w najniższej linii - Swoją drogą czy wolałybyście dostać zdjęcie swatchy razem z ich nazwami, czy nie robi wam to różnicy? - ten jeden jedyny kolor jest dla mnie nieco za słabo napigmentowany na moje upodobania.


To tyle z mojej strony.

Znacie tą paletę, podoba wam się jej kolorystyka?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    

sobota, 6 października 2018

Maybelline super stay matte ink



Hej!

Co u was słychać? Przygotowujecie się do akcji Rossmanna?  Chociaż dzisiaj nie o tym, a o czymś co oczywiście jest dostępne w drogerii i u wielu się sprawdziło, a u mnie?
Zapraszam do dalszej części.

Wkroczyliśmy w taki sezon, że naszemu makijażowi zagraża wszystko. Pogoda i ubranie, a makijaż ubraniu. Dobrze jest wiec być pomalowanym czymś co powinno przetrwać wszystko i nie rozmaże się po buzi. Ja chciałam się dzisiaj skupić na trwałych ustach  i dlatego przychodzę do was  z moją odsłoną recenzji płynnej pomadki z Maybelline Super stay Matte ink w numerze 15.


Produkt z gamy super stay kupiłam kilka tygodni temu i testuje  go w różnych warunkach.  Te kilka miesięcy temu kiedy polskie youtuberki kupowały te produkty online z zagranicznych stron, wszystkie były pełne zachwytu nad tą pomadką, nad jej trwałości i nasyceniem koloru. Pokazywały swatche na dłoni i ich pigmentację, tą moc produktu i że nie można ich z dłoni zmyć.
Pomyślałam "rewelacja",  taki roug edition velvet  tylko z gwarancją pokispola, że się nie ruszy. Tak to prawda, bardzo lubię roug edition velvet, stawiam je wysoko, prawdopodobnie dlatego, że dla mnie były pierwszym produktem tego typu.

No ale bo odbiegam. Stay matte ink jest w opakowaniu błyszczykowym, Plastikowa  tubka z gąbeczkowym aplikatorem. Sam kształt aplikatora jest diamenticiowy, spłaszczony z niewielką dziurką w środku. To dość klasyczny kształt w wypadku płynnych  pomadek. Dzięki czemu łatwiej jest nim obrysować usta, nie potrzebny jest pędzelek. Sam produkt jest znacznie  gęstszy niż się tego spodziewałam, co daje mu dużą wydajność. Zapach jest całkiem przyjemny,  lekko słodkawy i ciutek chemiczny. Prawdę powiedziawszy spodziewałam się właśnie, ciężkiego, nieco trudnego do zniesienia zapachu chemii  - i byłoby to zrozumiałe w imię super trwałości i pigmentacji. Przyjemnie mnie to zaskoczyło.
To co jeszcze jest fajne to rozprowadzenie produktu. Bierzemy tylko odrobinkę i rozprowadzamy, a idzie jak marzeni. maluje się jak roztopionym masłem.  Potem  następuje ta chwila oczekiwania aż produkt zastygnie. 



I powinno być dobrze - przez wiele, wiele godzin.

 I tu mam już coś do powiedzenia.

Posiadam kolor 15 lover, ale miałam szanse również obserwować zachowanie 40 believer. Obie łączy ta sama opowieść. Nanosimy, ona schnie. mijają 2 godziny, my kończymy piwo i okazuje się że cała wewnętrzna część opuściła usta. Nie wiem czy się zjadła, czy co. Czy co  jest tu dość istotne bo na szkle też nie ma po niej śladu. Pomyślałam, że to może jednorazowa sytuacja. Kolejne noszenie (inny dzień)  i kolejna niespodzianka. Skruszył mi się kawałek. po prostu pac, a pól godziny później widzę zanikanie wnętrza ust. bez rosołu i tłustych dań. Nadal się łudzę, że to coś z moim kolorem jest nie tak. Bo widzę jak popularne są te produkty i jak wielu osobom się sprawdzają.

Co do komfortu noszenia - dla mnie go nie ma, po 4 max 5 godzinach czuje suchość i ściągnięcie ust. Nie tego się spodziewałam. Szczególnie, że kolory są absolutnie piękne i szkoda mi, że u mnie się nie sprawdziły. Miałam na oku jeszcze co najmniej 5 kolorów, bo kolorystyka jest cudowna. Osobiście uwielbiam wiele produktów do ust od Maybelline, dlatego tym bardziej jest mi przykro, że między nami nie pykło.


A Wy, znacie te produkty z Maybelline czy może macie jakieś inne ulubione matowe pomadki z drogerii?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    


środa, 3 października 2018

Testuję kosmetyki Oriflame



Hej!

Co u was słychać? Zimno nie? Nie?
No nic nie szkodzi, ja nie będę was chłodzić – badumpc.  
Jest powód dla którego mówię o temperaturze i chłodzie. Ponieważ ten wpis poświęcony będzie produktom skandynawskiej, a konkretniej Szwedzkiej firmy, która swoją ofertę przedstawia w  klasycznie papierowym i e-katalogu. Mowa oczywiście o Oriflame.


Jeśłi śledzicie mnie na Instagramie ( jak nie to tu klikamy i obserwujemy moje insta), mogliście dowiedzieć się ze stories, że dzięki uprzejmości koleżanki blogerki, dostałam paczuszkę z produktami tej firmy do przetestowania. Teraz nadszedł czas, kiedy chcę się z wami podzielić moimi opiniami o produktach, ale jednocześnie zachęcić do dyskusji(stymulujmy się nawzajem).

W paczce znalazłam bardzo zróżnicowane produkty. Mam coś do mycia i do nawilżenia, do makijażu i trochę zapachu, a nawet było coś do zjedzenia ;) – ach same rymy dzisiaj, to chyba jazz i herbata.
Dobra tego zapachu jest dużo i zanik przejdę do omówienia  poszczególnych produktów podkreślę to jak pięknie, intensywnie i nienachalnie pachną produkty które mam, a do tego są jeszcze trwałe.
Coś do mycia, konkretnie żel pod prysznic  z serii Love Nature z wodą kokosową i melonem – 250ml, plastikowa, niezbyt twarda butelka wypełniona gęstawym, turkusowo przejrzystym żelem o zapachu wakacji. Aromat jest tak  harmonijny, że nie sposób powiedzieć co dominuje oprócz rozkoszy wąchania i tropikalnej wyspy i drinka z palemką. Sam produkt jest wydajny i przyjemnie się nim myje. Co więcej pozostawia na skórze delikatną powłoczkę nawilżenia, bardzo sympatyczne uczucie. Z tej samej linii zapachowej mam też mydło w kostce. Musicie wiedzieć, że moja relacja z kostkami jest złożoną, wielopłaszczyznową i trwała, jak na ten temat, więzią. Oprócz oczywistego zadania mogą się one u mnie również spełniać jako zapachy do szaf, a tu w każdej szufladzie inny zapach. Poważnie, mydełka z Ori na sucho pachną długo i intensywnie – przeprowadźcie sobie taki eksperyment. U mnie kostka poszła w ruch do czyszczenia pędzli i rewelacyjnie sobie z tym zadaniem poradziła.

W kwestii nawilżenia, z serii Tenderly, perfumowany balsam do ciała. Słodko różową plastikowa tubka, ze srebrnym zamknięciem na klik o pojemności 150ml, i poza tym nie jestem w stanie niczego przeczytać z tyłu, ponieważ drobne literki są matowo srebrne na cukierkowo różowej tubie – zmieńcie to proszę. A sam balsam ładnie nawilża. Nie jest to najbardziej nawilżający produkt jaki kiedykolwiek miałam, ale jest po nim miło. Jest lekki w konsystencji, a pod palcami przypomina formułę szybko wchłaniającą. Skóra jest po nim miękka i pachnie wiosennymi kwiatami. Jakimi? Nie mam pojęcia – mi kojarzy się to z kwiaciarnią w ciepły wiosenny dzień, kiedy zapach kwiatów ucieka na ulicę. Jedyne co, to osobiście nie używała bym go tuż przed snem, gdyż zapach naprawdę jest konkretny i utrzymuje się długo.

Z makijażu miałam przyjemność testować tusz do rzęsThe ONE. Posiada on sylikonową szczoteczkę z krótkimi włoskami rozmieszczonymi równomiernie na całej szczoteczce, która jest lekko wygięta, by lepiej dopasowywać się do kształtu oka. Sprawa bardzo ważna, ja osobiście lubię mokre formuły, ponieważ łatwiej jest mi pokryć moje własne, które sięgają mi do brwi prawie (ale nie mam dużej powierzchni powieki, spokojnie). Tu produkt ma odrobinkę suchszą formułę, wiec muszę po prostu wykonać kilka pociągnięć więcej. Natomiast dla osób o krótszych rzęsach sprawdzi się super. Osobiście nie zauważyłam tu ani ekstra objętości, czy wydłużenia, natomiast robotę robi i jestem z niego zadowolona.



Dostałam również paletę The ONE z kolorami naturalnymi. To ciekawa sprawa, jest malutka, a jednocześnie w środku jest 8 zróżnicowanych kolorów. 1mat i 7 cieni o perłowym wykończeniu. Fajnym akcentem było to, że na każdym cieniu znajdował się numer, jakby wskazówka, co może być użyte wcześniej lub później. Natomiast szybciutko zniknął ten akcent bo panewki są malutkie. **Istotna informacja, osobiście lubuję się w mocnych i nasyconych kolorach na oku**. 
Same cienie pod palcami są mięciutkie, dobrze zmielone, a jednocześnie się nie pylą, za to duży plus. Niestety kolory nie swatchują się z taką samą intensywnością, bynajmniej nie wszystkie, jak w opakowaniu. Na oku jest jeszcze inaczej. W moim odczuciu  stają się bardzo delikatne. Jeśli jednak jesteś kimś kto lubi delikatny makijaż dzienny, lub ze względu na charakter pracy musi mieć lekki makijaż, jest to produkt do rozważenia. Widać zaznaczone nim linie i nałożone kolory, ale są to jedynie subtelne akcenty. Ktokolwiek projektował tą paletę, dał jej też niewielką i dobrze przemyślaną dozę szaleństwa jako chociażby fiolet czy zieleń, żeby wprowadzić jakąś różnorodność. Niestety u mnie cienie solo się nie trzymają i wymagają bazy w postaci cienia w kremie lub produktu dedykowanego. Korektor się nie sprawdza. Wyssą z niego całą wilgoć i się zrolują. A szkoda.

Udało mi się nawet plamę słońca upolować, dla ciekawszego wyglądu swatchy.




Odnośnie zapachu, od dawna szukam jakiegoś uzupełnienia lub produktu, który mógłby zastąpić perfumy black i black orient z ZARY. To co bardzo mi się podoba w katalogu Oriflame, to szczegółowy opis zapachu z podziałem na nuty zapachowe. Inna sprawa, że trzeba je umieć czytać, ja jestem zupełną lebiodą jeśli o to chodzi. Wybrałam dla siebie perfumy z piżmem, grapefruitem i melonem. Mowa tu o zapachu ICE, który jest bardzo ciekawy i świeży. Na początku odniosłam wrażenie, że możemy do siebie nie pasować bo to dość ostry zapach, czysty taki w stylu Elizabeth Arden Green Tea. Na szczęście bardzo spodobały się mojej mamie, i poczułam ulgę, że gdyby coś to zostaną wykorzystane - z resztą to zapach bardzo w jej stylu. Efekt jest taki, że nosze je codziennie w torebce i to ja ich używam. Bardzo ładnie rozkwitają na mojej skórze, nie są tak ostre. A co najważniejsze są bardzo trwałe. Niestety nie mam jak sprawdzić, ich zachowania podczas ciepłego lata, ale widzę, a właściwie nie widzę, że miejsca nimi spryskane zaogniają się. Dla mnie to tylko plus, bo nie raz zapachy mnie obsypywały na dekoldzie.



A czy wy znacie produkty z firmy Oriflame? Może macie jakiegoś ulubieńca?

Dajcie koniecznie znać w komentarzach na dole!

Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    


niedziela, 30 września 2018

Ulubieńcy września

Witajcie!

Co u was słychać?
Wszyscy zdrowi... ta jasne, ale nie dajcie się i dbajcie o siebie. Mnie też zasmarkało i prowadzimy z tym czymś walkę.


W tą, jakże jednak pogodną, niedzielę przychodzę do was z ulubieńcami września. A pośród nich, produkt, który przywodzi na myśl lato. Pobożne pielęgnacyjne życzenie i same cuda, Zapraszam.

**Przypomnienie, jestem jasna jak ściana i sucha jak wiór**




Maybelline color tattoo 24hour, Creme De Rose 91 i Creme De Nude 93 - cienie w kremie, które chyba wszyscy znają. W tym wpisie wyróżniam te 2 naturalne kolory, natomiast  wszystkie produkty z serii, które ja mam są super. Sprawdzają się zarówno jako solo cień jak i baza pod inne produkty. Nanoszę je palcem i rozprowadzam i jedyne co mogę powiedzieć to to, że serdecznie je wam polecam.

L’oreal, Volume Million Lashes excess, tusz do rzęs - Dla mnie te tusze są nie do zdarcia. Super czarne, przez wiele miesięcy zachowują się jak nówki. Niesamowicie wydajne  i z fajną sylikonową szczotką. Pięknie rozczesuje i same ochy i achy. Dla mnie wszystkie tusze z tej serii są świetne.

Eveline, Celebrities eyeliner, czarny - jest wydajny, czarny akuratnie, zasycha na mat. Ma delikatny pędzelek, którym można narysować bardzo cieniutką linie. Będąc z wami absolutnie szczera nie jest to najbardziej  precyzyjny pędzelek świata ale jest super.

Astor, Perfect Stay  24hour + primer -  u mnie kolor 100 Ivory.  Ten podkład jest ze mną już od dłuższego czasu i jest moim docelowym produktem jeśli potrzebuje krycia i nawilżenia. Tak to krycie to nie jest szpachla tysiąclecia, dla mnie ważniejsze jest nawilżenie niż zakrycie absolutnie wszystkiego. Co jeszcze istotne, to nie jest podkład  o wodnistej konsystencji. Jest troszkę tłusty pod palcami więc polecam go dla osób z suchą i wrażliwą skora.

Miniso, gąbeczka do makijażu – wydaje mi się, że widziałam dokładnie te same u nas w sklepie. Dla mnie to najdelikatniejsza, najbardziej miękka gąbka. Dodatkowo wilgotna powiększa się chyba z 2 razy. W opakowaniu są 2, więc za 15 zł myślę, że możecie zaszaleń.


Miniso, Browlash 24, kredka do brwi - produkt z chińskiego Miniso. Prawdę powiedziawszy, liczyłam, że i do nas ta konkretna kredka dotrze, bo ma super kolor, dlatego chwilowo jestem troszkę rozczarowana brakiem tego produktu. Neutralny brąz, którym można stopniować. Nie udało mi się znaleźć innego produktu dostępnego w naszych drogeriach, który tak by do mnie pasował. Sam rysik, jest takiej akuratnej miękkości.
 


Mediderm, krem dermatologiczny - nie potrzebujecie na niego recepty. Jest tani i po prostu cudowny. jeśli macie zmiany dermatologiczne wszelkiej maści. Alergiczne, łuszczycie się lub macie jakieś egzemowe placki. Nie ma żadnego zapachu, wiec nada się też dla niemowlaczków. Ma w składzie całe 6! pozycji. Po prostu idźcie i kupcie.

Holika Holika, Lazy and Easy, all in one master - żel-krem do twarzy. Dla mnie idealny krem na dzień, utrzymuje długo nawilżenie skóry. Nie powoduje żadnych podrażnień i świetnie sprawdza się pod makijaż. Już kiedyś czytaliście o innym kremie z Gudetamą (leniwym jajkiem) i tamten tez był wow ekstra.

Lierac Paris, Hydragenist, żelowa  nawilżająca mgiełka  do twarzy na dzień - ten produkt dorobił się osobnego postu Klik Klik. Jestem w nim po prostu zakochana. Skóra wygląda po nim super świeżo. Produkt swoje kosztuje bo za 100ml w hebe wychodzi  koło 130zł. Produkt jest tak wydajny, że ja jestem w połowie po 5 miesiącach, tym bardziej uważam że wydatek jest usprawiedliwiony. Jeśli dobrze poszukacie powinniście znaleźć ten produkt co najmniej o 30 zl taniej.

Miniso, Extreme Hydration, esencja - kolejna chińszczyzna, dokładniej to produkt japoński, bo miniso jest japońskie. Mocno nawilżająca esencja wodna. No bajka i magia. Rewelacyjnie współgra z Holiką i Lierackiem  w generalnej pielęgnacji mojej suchej skóry. Dzięki temu kombo pozbyłam się wielu suchych placuszków w na buzi. Liczę na to, że te produkty też się pojawią u nas bo są świetne.

Isana, cytrynowa pianka pod prysznic -  Dla  nas obojga to absolutny hit września.  Pachnie jak lody cytrynowo -waniliowe. Zostawia skórę przyjemnie miękką i pachnącą. Dla mnie ten produkt to po prostu czysta przyjemność i relaks, a w dodatku jest super mięciutki jako pianka.  No nie da się opisać tego doświadczenia.


A jacy są wasi ulubieńcy września?
Znacie któryś z tych produktów?

  
Dajcie koniecznie znać w komentarzach jakie są wasze plany na kolejną promocję!

Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    



niedziela, 23 września 2018

Fitokosmetyk Nutka natura - Szampon hypoalergiczny

Hej!

Co u was słychać w ten już mocno jesienny dzień?
Ja piszę do was z łóżka nieco chora. Wy się nie dajcie!

Dzisiaj przychodzę do was z recenzją szamponu, który we mnie samej budzi dużo sprzecznych uczuć. Nie przedłużając, Zapraszam!

 
 

Jakiś czas temu trafił do mnie szampon hypoalergiczny z polskiej firmy Nutka natura. Jest to fitokosmetyk, w produkcji którego postawiono przede wszystkim na składniki naturalne.
Połączenie lnu i echinacei ma za zadanie łagodzić i zapobiegać pojawianiu się reakcji alergicznych na skórze głowy - co jeśli mieliście nieprzyjemność doświadczyć, wiecie że jest w 100 diabłów upierdliwe.
Informacje z opakowania/od producenta
 

Jeśli chodzi o stronę wizualną produktu prezentuje się to następująco. Duża plastikowa tuba o pojemności,222ml, zamykana na „klik”. Szata graficzna adekwatnie przedstawia kwiatki echinacei i lnu. Złote litery, logo i detale wykończeniowe na białym tle tuby, sprawiają, że ciężko oderwać mi oczy od opakowania.

Sam produkt jest białawy, jakbyście wymieszali mleko, wodę i perłowy pigment. Konsystencja nie jest gęsta, taka klasycznie szamponowa i zapach też jest standardowy. Taki jak szampony kiedyś, te bardziej naturalne. Trochę słodki, trochę kwaśny, trochę ziołowy. Na bank znacie taki zapach.
Produkt nie pieni się jakoś nadzwyczajnie, bo i jako firokosmetyk nie powinien. Zwykle naturalne kosmetyki myjące pienią się słabiej ze względu na brak pewnych substancji – nie pytajcie się których, aż taka lotna w temacie nie jestem. Natomiast skórę głowy oczyszcza dokładnie i delikatnie. Nie swędzi mnie po nim nic, nie łuszczy się też żaden kawałek mnie. Od niektórych szamponów dostaje wysypki na dłoniach lub czerwonych plam na czole jeśli mi tam trochę piany kapnie. Nutki spokojnie mogę go używać bez obaw. Czyli test hypoalergiczności zaliczony na 5+. 

Produkt jest przeznaczony do stosowania codziennego i pisze o tym producent na stronie. Za stronę też im się należy duży plus bo jest ładna, intuicyjna i przejrzysta.

Ja nie myję głowy codziennie, żyje zwykle w trybie 2 lub 3 wieczorowym w zależności od potrzeb. I tu pojawił się pewien problem. O ile skalp mam czysty i świeży, to w połowie dnia po myciu włosów, zaczynają powoli oklapywać. Tuż po spłukaniu miałam najpierw wrażenie, a potem tak zaczęło się dziać, że na wysokości karku włosy miałam tłuste.
I być może nie mam jakoś super dużo włosów, ale warkoczyk wyglądał tu mizerniutko. Cały sklejony jakiś. No ale ok, pomyślałam, że skoro deklarowane jest nawilżenie, to nakłonię lubego do przeprowadzenia testu. Udało się, ale odmówił kolejnych użyć produktu. 

Jeśli nie wiecie oboje mamy włosy daleko za pas, on dłuższe, więc oczekujemy od szamponów łatwości rozczesywania. Niestety Samcowe włosy przesuszyły się jak nie wiem co.... jak snopek siana po prostu. Uczesać tego nie byliśmy w stanie. On ma zupełnie inne podejście do pielęgnacji włosów i ja tego nie kwestionuję bo sprawdza mu się. W przypadku tego produktu dzień po dniu, musiałam pryskać mu włosy odzywkami ułatwiającymi rozczesywanie, nawilżającymi i moczyć włosy, dzieląc je na partie, żeby w ogóle je rozczesać.

Trochę się negatywnie zrobiło, co?

Na plus na pewno działa wydajność produktu. Osobiście wierzę, że to nie jest produkt do kosza. Uważam, że być może drobne zmiany w formule mogłyby wszystko zmienić.
Natomiast absolutnie nie skreślam tego szamponu ponieważ jest on tak bardzo hypoalergiczny i super działa jeśli chodzi o łagodzenie, że na pewno wykorzystam ten do końca, ale raczej na zmiany z innym produktem. 

Nie mogę też wykluczyć, że do niego wrócę za jakiś czas, właśnie dla jego działania łagodzącego. Fajne jest to, że nie jest on drogi bo ok 10zł jak widziałam w internecie.
Przed nami okres grzewczy i wtedy mogę zmienić śpiewkę i może się okazać, że poprzednie przetłuszczenie będzie odpowiednim nawilżeniem i kontrom dla grzejnika, mrozu i klimatyzacji.

A wy znacie jakieś produkty z Nutki?
Jakie jest wasze podejście do kosmetyków z bardziej naturalnym składem?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.

Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    



!-- Powiadomienie Cookies BloggerPolska. Tu znajdziesz wi\u0119cej informacji: http://www.blogger.com/go/cookiechoices.-->