niedziela, 27 stycznia 2019

Bell HypoAllergenic - paczka sponsorska.

Witajcie!

Co u was słychać? 
Dużo obowiązków? Piszecie sesje? A może ktoś z was uprawia słodkie lenistwo? - jeśli tak to zazdroszczę niemiłosiernie.

Ten post przybywa do was ze sporym opóźnieniem, tylko z mojej winy. A właściwie nie tak to ujęłam. Publikuje go dużo później, bo testowałam produkty. Jedne z nich po prostu pokochałam, inne są dla mnie trochę "meh".

Chcecie wiedzieć co i jak, czytajcie dalej.

Na początku września odbyło się spotkanie Blogilly (klik), gdzie w jednej z paczek dostałyśmy produkty marki Bell HypoAllergenic. Ucieszyłam się, ponieważ znam już kilka produktów tej marki. Kilka moich koleżanek chwali sobie również produkty z ich szafy(inne niż ja testowałam). Generalizując miałam już wyrobione zdanie w temacie kilku produktów i było ono pozytywne. Z resztą zapraszam do poklikania w linki, żebyście zobaczyli co już mam. Klik 1   Klik 2


W paczce znalazłam: lakier do paznokci, eyeliner w pisaku, bazę pod makijaż wraz z bazą pod cienie i korektor, a także 2 płynne pomadki. Wierzcie lub nie, ale prawie każdy produkt był dla mnie nowością.
Zacznę od tego co zrobiło na mnie najmniejsze wrażenie i przejdziemy do odkrytego przeze mnie cudeńka.

Zacznijmy od lakieru. Klasyczna formuła i piękny kolor z mnóstwem drobinek. Nie jest to całkowicie kryjący fiolet bazy, ale jest mocny. Tysiące niebieskich i fioletowych drobin. Zrobił na mnie piorunujące wrażenie jeśli chodzi o kolor. Krycie ma umiarkowane, potrzebne były 2 warstwy dla przyzwoitego krycia. Nic nie szkodzi, bo to dosyć standardowa sprawa dla lakierów drobinkowych. Niestety nie trzymał się na paznokciach długo i dlatego jest mehe. ALE, nie wykluczam, że gdybym miała lakier bazowy oraz lakier nawierzchniowy trwałość była by zupełnie inna.



Drugi meh podejrzewam, że jest kwestią przypadku, bo innym dziewczynom wiem, że sprawdził się lepiej. Mowa o linerze w pisaku z filcowo gąbkowym czubkiem. Jakiś czas temu marudziłam, że o fuj fuj liner w pisaku. Ten jest bardzo wygodny i ma bardzo fajnie wykrojoną końcówkę, dzięki czemu jest precyzyjny. Kolor swatchowany na ręce był piękny i czarny, ale produkt szybko się rozlewał po załamaniach skóry. Strasznie mnie to wystraszyło, że na oku będzie to samo. Uspokajam, nic takiego się nie stało. Za to kolor nie był już tak pięknie czarny, był wyblakły. Natomiast kiedy próbowałam go zmyć z ręki, zostawił mi fioletowo jakiś ślad, który zszedł po kilku myciach i wielu godzinach. Spanikowałam poważnie, bo co jeśli zostawi mi ślad na powiece? Ale nie zostawił. Produkt jest dla mnie nieco zagadkowy. Być może jeszcze kiedyś się spotkamy, bo pisak jest na prawdę precyzyjny. 




Kolejne 2 produkty są przeze mnie jeszcze nie odpakowane. Wynika to z tego, że mam już i bazę pod cienie i korektory  napoczęte. Natomiast mam inną bazę pod cienie z Bell (z tej Biedronkowej oferty) i bardzo ją lubię. Korektor miała moja znajoma i go sobie chwaliła. Oba produkty zamknięte są w buteleczkach jak płynne pomadki czy inne błyszczyki. Oba mają aplikatorki z lekko futrzanym czubkiem.



To przechodzimy do produktów, o których mam już więcej do powiedzenia.
Zacznijmy od płynnych pomadek. Dostałam 2, jedną metaliczną z nr. 02 Malbork, oraz pomadkę z lini Magicznej ;)


Metaliczna odsłona była mi już znana ponieważ posiadałam wcześniej  kolekcji piękną czerwień 03 Moscow.  Numer 02 to złoto zmieszane z brzoskwinią i na taki też kolor zastyga. Magick Glitter to piękna, nasycona, neutralna czerwień, która ma w sobie drobinki żółtozłotego brokatu. Na czym polega jej magiczność? Otóż brokat nie jest widoczny od razu. Trzeba czy też należy poczekać aż pomadka zastygnie na ustach, a kiedy złączy się wargi ze sobą pojawiają się drobinki. Im więcej się buziasz i cmokasz, tym więcej brokatu się pojawia.
Na zdjęciu u góry jak pomadki wyglądają chwilkę po nałożeniu. Poniżej natomiast zobaczycie różnicę w wersjach czerwieni od Bell i jednocześnie roztartą magiczną pomadkę, bo chciałam pokazać wam brokat.


Serdecznie wam polecam obie formuły.Są długotrwałe i łatwe w aplikacji. Nie wysuszają ust, a do tego ładnie pachną.


I oto pora na mojego ulubieńca. Nawilżającą bazę pod makijaż


Płynna baza zamknięta jest w szklanej butelce z pompką. Dozownik nie sprawia problemów, a wydajność jest spora, bo 1 pompka w zupełności wystarczy na całą buzię.
To nie jest, rzadki i wodnisty produkt, a raczej treściwy, bardziej podobny kremom w konsystencji.
Jeśli już trochę ze mną jesteście, wiecie, że buzia mi się suszy przeokrutnie i właściwie jedyne co mogę zrobić to zaakceptować swój los.
Ten produkt daje mi niesamowity komfort na twarzy przez cały dzień. Nie kłuci się ani z kremami, ani z podkładami. Dużym plusem dla mnie jest brak filmu na twarzy.
Bazę zaczęłam testować gdzieś w okolicach listopada i używam teraz tylko jej. Co prawda nie maluje się co dziennie, natomiast. Kiedy przyszły duże mrozy i wiedziałam, że będę potrzebować ekstra nawilżenia na cały dzień, postanowiłam zaszaleć i na poranną pielęgnacje, dosmarować tylko bazę. I wiecie co, to był świetny pomysł. Nie popękały mi naczynka ani też mnie nie pozapychało. Także z czystym sumieniem polecam wam tą bazę na okres zimny - do kwietnia na pewno. Zobaczymy jak będzie się spisywać w okresie letnim, jeśli nie zapomnę tego sprawdzić.


Z Bell HypoAllergenic mam: brązer, podkład i rozświetlacz - wszystkie w sztyfcie i są na prawdę ok. Kremowe cienie w słoiczkach, jak i w kredkach i również nie narzekam

A wy, znacie jakieś produkty z tej marki? Czy coś szczególnie przykuło waszą uwagę? Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.

Ja wiem, że moja pzygoda z tą marką dopiero się rozkręca.

Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    


czwartek, 10 stycznia 2019

Holy Grail nr16 - piątka od Miyo

Hejka!

Zimna zima? U mnie jest biała i zimna i jak zawsze zaskakuje drogowców. Mnie? Mnie też zaskoczyła, bo z jakiegoś powodu nabrałam ochoty do malowania się.

Z okazji nowego roku, przeanalizowałam swoją potrzebę pisania do was częściej, jak również pragnienia by posty przestały być tasiemcowate. Dlatego, dzisiaj krótko i treściwie o kolejnej palecie z Miyo, która również mnie zachwyca.

Raz na kiedyś dopadnie mnie wizja , że potrzebuję jakiegoś konkretnego koloru cienia w kolekcji nie zważając na mnogość produktów, które już mam. Tak też było w tym wypadku. Skusił mnie cień metalicznej mandarynki.



Nie wiem czy czytaliście mój wcześniejszy post o paletce 21 Guess Who od Miyo (klik). Tam zachwycałam się nad konsystencją wszystkich cieni. Zwróciłam wam uwagę, że maty też są super delikatne. Tu mamy doczynienia z nieco bardziej suchą teksturą produktu matów, co jednak nie umniejsza pigmentacji. 
Metaliki, te metaliki .... są fenomenalne, ponownie.


Sama kompozycja kolorystyczna, nieco mnie zastanawiała, obawiałam się, że czerwienie będą do siebie bardzo podobne. Jak widzicie są one zupełnie od siebie różne, tak jak i inne od tej z wcześniejszej palety. Ta czerwień z palety 21 jest podbita niebieskawym fioletem... fioletową niebieskością? Wiecie o co chodzi.






Obie paletki zrobiły na mnie ogromne wrażenie i za jakiś czas zafunduje sobie kolejnych kilka paletek.


Dajcie znać w komentarzach na dole czy lubicie takie kolory jak w paletkach i czy miałyście już styczność z marką Miyo.

Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    

niedziela, 6 stycznia 2019

Miyo Five Points - No 21 Guess Who

Hej!!

Witamy w nowym roku. 
"Nowy rok, nowa ja" czy któraś z was rozpoczęła ten rok z takim nastawieniem?

Ja wychodzę z założenia, że każdy dzień jest dobry na zmianę, tak więc tak.

Już jakiś czas temu miałam do was popisać o tej paletce, bo kupiłam ją już jakiś czas temu.  Jednak opuźnienie w publikacji bało mi szansę więcej się z nią pobawić ( taa, jak bym nie miała opinii zaraz po zmacaniu)

Chcecie wiedzieć? Zapraszam dalej.



Kiedy na rynek trafiła paletka Miyo we wspólpracy z Vanessą z Beautyvtriks, postanowiłam zamówić również inne produkty tej marki z absolutnie czystej ciekawości. Było z czego wybierać, również dlatego, że firma wprowadzała na rynek w tym samym czasie sypkie pigmenty.

Ostatecznie zdecydowałam się oprócz palety zamówić 2 paletki po 5 cieni Five Points i sypki pigment, o którym też sobie kiedyś porozmawiamy.

W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że przesyłka przyszła super zabezpieczona i jeszcze dostałam gratisowy błyszczyk. Czyli za obsługę i wrażenie usługi mają ekstra punkty.


To teraz skupmy się na paletce Guess Who nr21.
Wszystkie Five Pointsy, to 5 cieni o dokładnie takich samych wymiarach. Sam koncept palet jednak różni się od siebie, bo nie wszystkie mają taką samą ilość matów i kolorów błyszczących.
Ta zawiera 2 kolory metaliczne i 3 maty.
Jest dobrze przemyślana i może robić za paletkę solową bo mamy tu i matowy brązobeż - jednak za ciemny jak na kolor pod łuk brwiowy. Jest czerń i kolor do przyciemnienia załamania powieki.
Mamy błyszczący wiśniowo czerwony kolor i jak dla mnie gwiazdę. Mocno lśniące cappuccino o ciepłej bazie i z połyskiem srebra złamanego różem. To nie jest oczywisty kolor.




Konsystencja cieni jest zachwycająca. Maty są mięciutkie i wydajne, bardzo mocno napigmentowane. To prawda, że ich miękkość sprawia, że nieco się "sypią" w opakowaniu, ale nie osypują się przy nakładaniu, co jest również istotne. Jeśli zaś chodzi o błyszczące kolory, są one wilgotne. trochę masełkowate i bardzo drogie i zaskakujące w dotyku. Kojarzę, że u Hudy są cienie o takiej konsystencji.

Jak widzicie na zdjęciu, opakowania są niewielkie z przejrzystym topem, wykonane z plastiku. Mi to nie przeszkadza bo zajmują mniej miejsca i łatwiej z nimi podróżować. Jedyne czego żałuję to że cienie nie mają swoich indywidualnych nazw i na odwrocie palety macie tylko naklejkę z nazwą całej piątki. Nie żeby to było istotne, ale można by ;).

Koszt takiej przyjemności to niecałe 15zł, czyli po 3pln za cień. Dla mnie bomba.

Kiedy już wszystko wypakowałam, sprawdziłam czy jest w jednym kawałku, przestudiowałam rachunek i w tym momencie wiedziałam, że będę zadowolona. Nie wiem czy wy wiecie, ja nie wiedziałam. Właścicielem lub firmą matką dla Miyo jest Pierre Rene. Uwielbiam cienie tej marki właśnie za nieoczywistość kolorów i konsystencje cieni. Kolejny plus dla firmy jest taki, że jest to polska firma, a to zawsze buduje ducha.

      ***dla dociekliwych, PR robi kosmetyki jeszcze jednej firmie, o której za jakiś czas***

Z cieniami pracuje się łatwo, mieszają się ze sobą i z innymi markami bez problemu. Długo się trzymają i nie zbierają + są tanie i polskie. Różnorodność kompozycji kolorystycznych dla 5tek jest na prawdę spora i myślę, że wiele osób znajdzie coś dla siebie.

Poniżej makijaż błyskawiczny tą paletą. Ja czuję się w nim doskonale i zajmuje mi chwilę.





Znacie markę, a może macie swoje zdanie o ich produktach już wyrobione?
Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    

niedziela, 28 października 2018

Revlon colorstay - szpachla idealna // 10 days of foundation

Hej,

Co u was słychać?

Ostatnio żaliłam się wam na podkład, który w ogóle mi się nie sprawdził. Tak jak przewidywałam, niektóre z was miały zupełnie inne zdanie. I to jest fajne, ale też potrzebne do rozwoju rynku kosmetycznego. Bo jakby to było jakby się na wszystkim jeden podkład sprawdzał? Reszta firm wypadłaby z obiegu natychmiast. Różnorodność jest dobra.  Mam jeszcze kilka takich nażekanek w zanadrzu, ale dzisiaj coś z pozytywniejszym wydźwiękiem.


Powinnam zacząć przedstawienie tego produktu, od słów "podkład legenda", "znany i kochany".
Jest obecny na rynku co najmniej dobrych 10 lat, ba myślę, że z 15, jak nic. Revlon Colorstay. To był pierwszy produkt z  szeroką gamą kolorystyczną, która odpowiadała wielu kolorom skóry. W tym momencie na amerykańskiej stronie mamy 43 kolory, zaczynając od koloru Ivory aż do koloru Java, dla dziewczyn z regionów afryki lub o takich korzeniach. Co nadal unikatowe dla rynku, podkład jest w 2 wariantach formuł. Dla skóry suchej i dla tłustej. Odnosząc się nadal do amerykańskiej strony (nie szukajcie polskiej, bo jej nie ma), jestem zdziwiona (ale tylko poniekąd), że warianty nie mają tej samej palety kolorystycznej. Najprawdopodobniej wynika to z potrzeby skór dla których są targetowane.


Czyli w ogólnym rozrachunku, 24 kolory dla cery suchej w jaśniejszych tonach, gdzie najciemniejsze to Cinamon i Walnut. Oraz pełne spektrum 43 kolorów dla cery tłustej. Nadal unikatowe na rynku. Ja mam kolor 110 Ivory i jest to podkład beżowo różowy. Osobiście trochę żałuję, że nie nr. 100, bo wolałabym jeszcze ciutek jaśniejszy, ale już nie wydziwiam. 

Dla mnie nie jest to podkład na co dzień, ale wynika to z faktu, jak suchą mam skórę - taki mój urok. Pomimo mojej suchości, nie osadza mi się na suchych skórkach. Pięknie współgra ze wszystkimi bazami jakie mam ( a kilka ich jest). Wizualnie sprawia mi przyjemność kiedy mam go na twarzy. Chociaż są to specjalne okazje,  kiedy wiem, że potrzebuje pewności i ekstremalnego krycia. Znam osoby, które używają go na co dzień i sprawdza im się rewelacyjnie. Mi 3 dnia z rzędu robi się już troszkę za sucho. Zawsze jest coś kosztem czegoś. Sama konsystencja produktu jest płynna, ale gęsta. To nie jest jeden z tych podkładów, które spływają z ręki w 3 sekundy.  Ja mam jeszcze starą butelkę, czyli taką bez pompki. Te nowe już ją mają i z tego co mi wiadomo, wszystko gra.


Piszę wam o tym podkładzie również dlatego, że niebawem zacznie się sezon na bale karnawałowe i studniówki. Pewnie są tu też tacy, którzy mówią "Hola, bejbe, jeszcze 2 miesiące do sylwestra". Przeto powiadam wam, zleci jak z bicza trzasnął, a musicie przecież wybrać kolor i sprawdzić czy odpowiada wam formula.


Starczy tych zachwytów. Znacie ten podkład, a może macie inny produkt do zadań specjalnych?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    



wtorek, 23 października 2018

Rimmel Lastng Fnish Breathable - 10 days of foundation

Hej!

Co u was słychać?



Miałam zrobić dla was serie 10 days of foundation, ale chyba nie wykrzesałabym 10 dni na opisywanie podkładów. Zamiast tego zrobimy po prostu krok po kroku rachunek sumienia moich podkładów i wypowiem się na ich temat, Pasuje?

No to do działania i jedziemy z podkładem nr1.




Kiedy światło dzienne zobaczył najnowszy podkład od Rimmela, Lastin Finish Breathable, internet oszalał i to z zachwytu. Produkt opisywany jest jako lekki, zapewniający lekkie krycie oraz oddychanie skóry.
Ja jestem cały czas w poszukiwaniu podkładu idealnego, a nie jest to łatwe jeśli ma się cerę jak ja. Czyli suchą, łatwo reagującą ze wszystkim. Gdyby to było mało, jestem poważnie blada, wszedzie oprócz buzi, ponieważ ta łatwo się rumieni. Tak, ja twarz wybielam podkładem bo inaczej nie pasuje mi do szyi  :D  Jeszcze mało? Dobrze, moja Twarz ma tendencje do zjadania podkładu, on po prostu znika. No to skoro już wiecie jak mało wybredną mam buzię to do rzeczy.
Chętnie próbuję podkładów Rimmel bo mają wystarczająco jasne kolory. 010 Light Ivory, jest moim kolorem docelowym w ich ofercie. Czasami podkład jest nieco bardziej żółty czasem różowy, ale nie są to jakieś szalone kolory.


Podkłady tej firmy doceniam za konsystencje, zapach, oraz za krycie, niby delikatne, ale co trzeba przykryje.
Jak już za pewne wiecie Breathable jest produktem bezpompkowym. To może być minus, ale lata temu radziłyśmy  sobie i bez tego. Wylewasz czy wyciskasz produkt i na dzioba. Ale tu jest haczyk. Ten podkład ma aplikator jak korektor. Wiedziałam o tym, ale nadal przezywam pewien szok, bo to jest duży aplikator. No nie powiem, nakłada się go troszkę dziwnie. Z jednej trony można sobie wylać podkładu na dłoń, ale to mija się z  sensem.


Samym aplikatorem nie da się rozprowadzić podkładu. Zostają nam 2 sposoby, łapki albo akcesoria ( gąbki lub pędzle). Przyznam się, że nie jestem zwolennikiem pędzli do nakładania podkładu, ale czego się nie robi dla testów. Kiedy testuję nowy podkład zawsze na początku rozprowadzam go dłońmi. Dzięki temu, mogę poczuć fakturę produktu, sprawdzić jego wydajność. Tu jednak nie polecam tego sposobu. Nie chciał się absolutnie równomiernie rozłożyć na buzi i od razu wyglądał na znoszony. Znacznie lepiej wyglądał nałożony gąbką, ale nawłaził mi we wszystkie dostępne pory. Nawet te, których normalnie nie widać. Tutaj tez nie jestem zadowolona z rezultatu. Bo o ile zbudowanie równomiernego krycia jest znacznie prostsze, to natychmiastowa suchość i pudrowość wykończenia mnie odstręczają. Został jeszcze pędzel. Finał jest taki, że pędzlem rozprowadzany wyglądał naj lepiej zaraz po nałożeniu ale… Ja podkłady nakładam koło 7 rano i muszą ze mną zostać co naj mniej do 17stej. Czyli mają 10 bitych godzin, żeby się wykazać.
Udało mi się nawet zrobić dla was zdjęcie jak ten podkład wygląda po 10h, chociaż i tak nie oddaje wszystkiego – zdjęcie tylko dla osób o mocnych nerwach. Nie ważne jaką metodą nakładany, za każdym razem koło 10 jego struktura rozpadała się i stawała się czymś takim. Jak kasza manna pigmentu. Dodatkowo mam wrażenie suchej skóry, i widzę i czuję że wszelka wilgoć tego produktu wyłazi na wierzch i znika.
PS. Ja wiem, że można sugerować, że to wina pielęgnacji albo źle przygotowanej skóry, ale darujmy sobie to.


Na chwilę obecną na pewno nie poleciłabym go posiadaczkom suchej skóry, w ogóle nie wiem czy bym go komukolwiek poleciła, ale jestem prawie pewna że jest ktoś komu się sprawdza.. Uważam, że to podkład znacznie lepszy dla cer mieszanych, może nawet w kierunku tłustej. Co jeszcze mi się nie podoba, to zapach. Nie pachnie jak wcześniejsze Rimmele, kremowo i delikatnie. Czuje w nim nutki alkoholowe co jest dla mnie abstrakcyjne. Patrząc na recenzje na wizażu i wynik w KWC jest bardzo lubiany. Może, więc coś ze mną jest nie tak?


Macie, znacie? Jaka jest wasza opinia o podkładach z Rimmela?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    

środa, 17 października 2018

Makeup Revolution i Soph X - pierwsze wrażenie

Hej,

Co u was słychać?

Ja miałam przygotować dla was fotorelacje z mojego wyjazdu do warszawy, ale to musi poczekać, bo ja muszę ochłonąć.

Dzisiaj przybywam by podzielić się z wami jedną z nowości w mojej kosmetyczce. Chociaż jeszcze kilkukrotnie przyjdę do was z nowościami, bo ostatnio po prostu zaszalałam.





Do brzegu.

Piękna, kolorowa paleta od  Makup Revolutin w kolaboracji z Brytyjską youtuberką Soph. Popełnili oni razem 2 palety. Pierwsza jest beznazwowa, druga zaś to Extra Spice.
Teraz skupmy się na pierwszej odsłonie. I o mój boże, jak ja bum chciała zrobić dla was piękne zdjęcie tej beżowo kremowej plastikowej palety. Ale ponieważ średnio mi to wychodzi...no

W  Palecie znajdują się łącznie 24 cienie z czego 10 to cienie błyszczące, a 14 to różne wcielenia matów, aż do delikatnej satyny. Nie ma tu jakiegoś głównego nurtu kolorystycznego, bo mamy tu brązy i złota, zielenie, czerwienie, fiolety u burgundy. Oprócz tego paleta ma lustro, które zajmuje całą wierzchnią część opakowania czyli jest całkiem spore. Co mnie zaskoczyło to fakt ile waży w dłoni ten produkt.



Oprócz swatchowania, użyłam jej na razie z 4 razy i jestem absolutnie zachwycona jak do tej pory. Powiedziałabym, że jedynym minusem jest brak nazw kolorów. Ale to nie prawda. Osobiście, absolutnie nie przeszkadza mi to, że mam nazwy kolorów na foliowej "kartce". Jeszcze do kilku lat wstecz radziłyśmy sobie bez tego rewelacyjne i zdecydowanie wole ogromne lustro i ilość cieni w cenie 50 zł, niż poświęcanie miejsca na nazwy naniesione na plastik opakowania.




Ponad 90% tej palety jest tak super miękkie, jak na przykład matowy pomarańcz. Mają również zaskakująco dobrą pigmentacje. Najtwardsze cienie to czarny i biały, czuć pod palcami jak mocno są sprasowane, co ponownie nie jest jakimś okrutnym minusem. Ba to nawet lepiej, bo daje to lepszą kontrolę nad cieniem.
Mam zastrzeżenia jedynie do beżu, tego 2go od prawej w najniższej linii - Swoją drogą czy wolałybyście dostać zdjęcie swatchy razem z ich nazwami, czy nie robi wam to różnicy? - ten jeden jedyny kolor jest dla mnie nieco za słabo napigmentowany na moje upodobania.


To tyle z mojej strony.

Znacie tą paletę, podoba wam się jej kolorystyka?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    

sobota, 6 października 2018

Maybelline super stay matte ink



Hej!

Co u was słychać? Przygotowujecie się do akcji Rossmanna?  Chociaż dzisiaj nie o tym, a o czymś co oczywiście jest dostępne w drogerii i u wielu się sprawdziło, a u mnie?
Zapraszam do dalszej części.

Wkroczyliśmy w taki sezon, że naszemu makijażowi zagraża wszystko. Pogoda i ubranie, a makijaż ubraniu. Dobrze jest wiec być pomalowanym czymś co powinno przetrwać wszystko i nie rozmaże się po buzi. Ja chciałam się dzisiaj skupić na trwałych ustach  i dlatego przychodzę do was  z moją odsłoną recenzji płynnej pomadki z Maybelline Super stay Matte ink w numerze 15.


Produkt z gamy super stay kupiłam kilka tygodni temu i testuje  go w różnych warunkach.  Te kilka miesięcy temu kiedy polskie youtuberki kupowały te produkty online z zagranicznych stron, wszystkie były pełne zachwytu nad tą pomadką, nad jej trwałości i nasyceniem koloru. Pokazywały swatche na dłoni i ich pigmentację, tą moc produktu i że nie można ich z dłoni zmyć.
Pomyślałam "rewelacja",  taki roug edition velvet  tylko z gwarancją pokispola, że się nie ruszy. Tak to prawda, bardzo lubię roug edition velvet, stawiam je wysoko, prawdopodobnie dlatego, że dla mnie były pierwszym produktem tego typu.

No ale bo odbiegam. Stay matte ink jest w opakowaniu błyszczykowym, Plastikowa  tubka z gąbeczkowym aplikatorem. Sam kształt aplikatora jest diamenticiowy, spłaszczony z niewielką dziurką w środku. To dość klasyczny kształt w wypadku płynnych  pomadek. Dzięki czemu łatwiej jest nim obrysować usta, nie potrzebny jest pędzelek. Sam produkt jest znacznie  gęstszy niż się tego spodziewałam, co daje mu dużą wydajność. Zapach jest całkiem przyjemny,  lekko słodkawy i ciutek chemiczny. Prawdę powiedziawszy spodziewałam się właśnie, ciężkiego, nieco trudnego do zniesienia zapachu chemii  - i byłoby to zrozumiałe w imię super trwałości i pigmentacji. Przyjemnie mnie to zaskoczyło.
To co jeszcze jest fajne to rozprowadzenie produktu. Bierzemy tylko odrobinkę i rozprowadzamy, a idzie jak marzeni. maluje się jak roztopionym masłem.  Potem  następuje ta chwila oczekiwania aż produkt zastygnie. 



I powinno być dobrze - przez wiele, wiele godzin.

 I tu mam już coś do powiedzenia.

Posiadam kolor 15 lover, ale miałam szanse również obserwować zachowanie 40 believer. Obie łączy ta sama opowieść. Nanosimy, ona schnie. mijają 2 godziny, my kończymy piwo i okazuje się że cała wewnętrzna część opuściła usta. Nie wiem czy się zjadła, czy co. Czy co  jest tu dość istotne bo na szkle też nie ma po niej śladu. Pomyślałam, że to może jednorazowa sytuacja. Kolejne noszenie (inny dzień)  i kolejna niespodzianka. Skruszył mi się kawałek. po prostu pac, a pól godziny później widzę zanikanie wnętrza ust. bez rosołu i tłustych dań. Nadal się łudzę, że to coś z moim kolorem jest nie tak. Bo widzę jak popularne są te produkty i jak wielu osobom się sprawdzają.

Co do komfortu noszenia - dla mnie go nie ma, po 4 max 5 godzinach czuje suchość i ściągnięcie ust. Nie tego się spodziewałam. Szczególnie, że kolory są absolutnie piękne i szkoda mi, że u mnie się nie sprawdziły. Miałam na oku jeszcze co najmniej 5 kolorów, bo kolorystyka jest cudowna. Osobiście uwielbiam wiele produktów do ust od Maybelline, dlatego tym bardziej jest mi przykro, że między nami nie pykło.


A Wy, znacie te produkty z Maybelline czy może macie jakieś inne ulubione matowe pomadki z drogerii?

Koniecznie dajcie znać w komentarzach na dole.


Wpadajcie na moje social media! Wystarczy kliknąć w obrazek!
I pamiętajcie dodać bloga do obserwowanych, będzie wam łatwiej tu wrócić.


Pozdrawiam,
Kaś



                                                                    


!-- Powiadomienie Cookies BloggerPolska. Tu znajdziesz wi\u0119cej informacji: http://www.blogger.com/go/cookiechoices.-->