czwartek, 5 marca 2015

Mas(eczka)akra

Dear, oh dear.
Witajcie, w końcu i nareszcie. Tak, tak, blame on me.


Kupiłam w piątek maseczki w Biedronce. Skusiłam się, bo a co. Widziałam, że o podobnych mówiła Lisa Eldrige i Michelle Phan. I to mówiły o nich dobrze. Więc, czemu nie i spróbujemy. Kupiłam, spróbuje, sprawdzę, bo na produktach koreańskich nie zawiodłam się - so far
Opakowanie dzielone na 3, w każdej części coś innego. A to część z  preparatem najpierw do mycia budzi, do tego jest jeszcze żelowe serum. No i najważniejsze czyli tzw. "prześcieradło". Zanurzone w żelo-podobnym czymś, zaiste płynem nazwać tego nie można.

Pełna radości i oczekiwań oraz nadziei, zaaplikowałam wytwór na budzie. Po kolei każdy krok. Zgodnie z instrukcją obsługi na opakowaniu. Na początku uczucie WOW. Wszystko wydawało się OK. Buzia wyglądała ładnie, zdrowo, na nawilżoną - gdyż należy wspomnieć, że użyłam niebieskiej, z kwasem hialuronowym, nawilżającej.

Sobotni poranek okazał się trudny, bo opłakane skutki maseczki były na mojej twarzy wszędzie... Pozwolę sobie w tym miejscu darować wam zdjęcie mojej budzi. Natomiast wykwit był ogromny i okrutny. Pewnej części pozbyłam się na szczęście do niedzieli, inne nadal ze mną są.

Dla mnie jest to BIG NO NO, ale dam im jeszcze szanse, żeby upewnić się, że aby na bank mi nie służą. Siła ciekawości, a na chwilę obecną raczej wam odradzam, bo i tak skład każdej z nich jest dokładnie taki sam.

A jak wasze doświadczenia z maseczkami tego typu?
Pozdrawiam i do następnego, Kaś!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz